Taniec wraca do łask. Po latach, kiedy wystarczało gibanie się na boki oraz krok w jedną, krok w drugą stronę, by zyskać aprobatę partnera/-ki, nadeszły czasy, kiedy królem/królową parkietu zostaje ten, kto naprawdę potrafi tańczyć. Modne są tańce nowoczesne, ale swój renesans przeżywają także tańce klasyczne.
W XIX i na pocz. XX wieku tańczyła cała Polska. Szlachta i mieszczanie na balach, chłopi na wiejskich weselach i zabawach. Po wojnie większość młodych ludzi też umiała tańczyć. Na licznych w latach 50., 60. czy jeszcze nawet w 70. prywatkach i dansingach tańczyło się w parach. Wypadało znać kroki, żeby poruszać się w rytmie swinga, twista, czy rockandrolla. Późniejsze czasy disco rozłączyły tancerzy. Pary tworzyły się dopiero przy melodiach tzw. pościelówach, a to, co prezentowały można było nazwac "taniec-przytulaniec". Przy pozostałej muzyce tańczono osobno i wtedy naród zaczął tracić umiejętność tańczenia.
Lata 80. i 90. to wielka taneczna zapaść. Szkoły tańca kształciły zwykle tancerzy zawodowych, kursy organizowane przez domy kultury świeciły pustkami. Ludzie się tańcem nie interesowali, uważając, że np. po 2 kieliszkach na weselu nogi same będą chodzić. Niektórzy krępowali się swojego braku umiejętności, jednocześnie mając opory przed rozwinięciem w tym kierunku. Tańczenie publiczne, mam wrażenie, było traktowane jako coś wstydliwego. Aż nastał wiek XXI, w telewizjach komercyjnych pojawiły się taneczne show i nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, taniec w Polsce zaczął się odradzać.
Ja mam wrażenie, że jestem z ostatniego pokolenia, które nie umie tańczyć (urodziłam się w połowie lat 70.). W szkole, jeśli tańczyłam, to tańce ludowe na okolicznościowych akademiach. Na dyskotekach każdy tańczył osobno, a półmrok litościwie skrywał tych, co nawet nogami nie potrafili ruszać, tylko bujali się górną połową ciała. Nie rozwinęłam umiejętności ani na weselach, gdyż jakoś w rodzinie niespecjalnie się trafiały, ani na imprezach typu bal sylwestrowy, gdyż na takie nie chadzam. Lubię tańczyć, ale nie mam nawet podstaw znajomości tańców klasycznych, więc jeśli partner mnie w tańcu poprowadzi, to płynę z nim, ale jeśli trafię na biernego, w dodatku niemającego poczucia rytmu, to jest klapa. Mój mąż na przykład nie potrafi tańczyć zupełnie, ale nie ma z tego powodu kompleksów i nie widzi potrzeby pobierania nauki tańca na jakichś kursach. Ja wręcz przeciwnie - wstydzę się swojego braku umiejętności.
Choć możemy się zżymać na formaty telewizyjnych programów tanecznych, że to tania rozrywka dla mas, to nie da się zaprzeczyć, że odegrały niesamowitą rolę w tym, że Polacy znów nabrali ochoty do tańczenia. Zaliczenie kursu tańca przed ślubem stało się już niemal tak obowiązkowe jak kościelnego kursu przedmałżeńskiego. W domach kultury, obok zajęć fitness obowiązkowo są zajęcia z tańca (od klasycznego do nowoczesnego, do wyboru), a w tych większych działa po kilka zespołów uprawiających taniec na scenie. Powstało mnóstwo szkół tańca, które nie mają problemów z naborem i w większości garną się do nich amatorzy, którzy taniec traktują hobbystycznie. Zajęcia dodatkowe z tańca i rytmiki mają już przedszkolaki, swój renesans przeżywa balet dla dzieci.
Dzisiejsza młodzież nie wstydzi się pobierać lekcje tańca, nie krępuje się potem demonstrować tych umiejętności na parkiecie. Szturmuje eliminacje do programów o tańcu i poświęca mu sporo ze swojego życia. W niedzielę obchodziliśmy Dzień Tańca. W każdym większym mieście odbywały się imprezy, podczas których tańczono amatorsko i zawodowo i było widać, że z taniec wyzwala w nas mnóstwo pozytywnej energii. Samuel Beckett powiedział "Najpierw tańcz. Myśl później. Taka jest naturalna kolej rzeczy".